O autorze
Urodził się w 1983 roku w Warszawie. Jest filmowcem, poetą i przede wszystkim pisarzem. Wydał dwa tomy poezji: Pomarańczowy pokój i Miłość do poranków oraz dwie powieści Koń Alechina i Klug. Jego wiersze i krótkie utwory prozatorskie były publikowane m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Twórczości”, „Wyspie”, „Kontekstach”, „Śląsku”.

Jedyna taka góra

Na Kasprowym, gdy wieje, to wieje najsilniej; na Kasprowym, gdy świeci słońce, to świeci najmocniej. Mgła jest gęsta jak zsiadłe mleko. Lód twardszy od kamieni; kamienie twardsze od stali… A muldy? A muldy są jak morskie bałwany…

I

Nie ma drugiej takiej góry na świecie. Kasprowy jest opowieścią, Kasprowy jest epiką, Kasprowy jest przygodą. Tutaj jazda na nartach przestaje być sportem, a staje się misterium – czymś co wymyka się naszemu doświadczeniu. Kto nie zjechał z Kasprowego, ten tak po prawdzie nic nie wie o narciarstwie.

Dlatego Kasprowy wart jest każdych pieniędzy. Argumenty, że za kasę wydaną podczas jednego dnia na “świętej górze”, kupiłbym karnet w Risoul – zupełnie do mnie nie przemawiają - co więcej: myślę wręcz, że są głupie i zgoła bezduszne. Gdzie zgrzebnemu Risoul lub śmiesznemu Livigno, frajerskiemu Hintertux, zniewieściałej Cortinie, nie wspominając o Trzech Dolinach, czy Chamonix - do Kasprowego Wierchu z Gąsienicową (która jest jak poemat), Goryczkową (tak bardzo podobną do sagi), czy legendarnymi, tajemniczymi FIS1 i FIS2.

II

Drogi na Kasprowy zawsze były dwie – obie trudne i czasochłonne - tylko dla wytrwałych.

Można było czekać pół dnia w kolejce do wagonika - w kolejce, która potrafiła mieć kilkadziesiąt metrów już o świcie i poruszała się z prędkością dziesięciu metrów na godzinę. Tam naprawdę można było odnaleźć czas utracony. A gdy już byłeś prawie u celu (przetrzymałeś trzy z rzędu wagoniki zapełnione zapobiegliwymi posiadaczami miejscówek), witałeś się z gąską, zacierałeś ręce, wtedy spotykała Cię przykra niespodzianka: ni stąd ni zowąd, z powodu wiatru, gęstych opadów, mgły, czy Bóg wie czego - kolejka nagle przestawała kursować.

Można też było podchodzić o własnych siłach – w butach narciarskich i z deskami na plecach. Z początku było łatwo, niepokojąco łatwo. Strumień w tle szumiał wesoło, ptaki ćwierkały. Atoli z każdym pokonywanym metrem entuzjazm “słabł” i zaczynało się złorzeczenie - złorzeczenie podszyte zazdrością w stosunku do tych, którzy na wjazd cierpliwie czekali w Kuźnicach. Najgorszych, pamiętam, było ostatnich sto metrów (strome podejście do schroniska na Goryczkowej). Tutaj naprawdę skutecznie można było się wyleczyć z narciarstwa, z życia w zasadzie. A kiedy się w końcu stanęło przed schroniskiem, a właściwie legło w hałdzie miękkiego śniegu, to wtedy spotykała cię przykra niespodzianka: ni stąd ni zowąd, z powodu wiatru, gęstych opadów, mgły, czy Bóg wie czego – wyciąg na gorę nagle przestawał kursować. I wszystko na nic.

Tak więc Kasprowy, jak nie lada cnotka, zawsze walecznie bronił do siebie dostępu. Trudny był do zdobycia, opierał się kochankom. Nigdy nie oddał się pierwszym lepszym – tylko tym cierpliwym, wtajemniczonym… prawdziwie wytrwałym. Z tego też względu nie oburzają mnie wcale wysokie ceny za karnety i pojedyncze wjazdy na górę. Powiem więcej: i bardzo dobrze, że są wysokie. Niech będą jeszcze wyższe! Kasprowy nie może być dla każdego! Tu nie ma miejsca na demokratyczne tyrolskie klimaty – tu nawet ratraki mają trudne życie.

III

Pierwsze kroki na nartach stawiałem na Kalatówkach – w cieniu Kasprowego. W jego aurze. Gdzieś tam daleko, ukryta w chmurach, była mityczna góra – góra prawdziwych mężczyzn.

Każdego dnia helikopter zabierał z niej śmiałków, którzy się przeliczyli. Wielu było przecież takich cwaniaczków, którzy “na tyłach” jeszcze siedzieli, a już próbowali stępić krawędzie na kasprowych skałach; którzy sądzili, że jeśli pokonali czarną trasę - na przykład - w Kaprun (czarne trasy, moi drodzy, to są na Kasprowym, a nie pod Salzburgiem!), to Goryczkowa niczym ich nie zaskoczy. Naiwni!

Za każdym razem, gdy słyszałem helikopter lecący w stronę Kasprowego bałem się, że tym razem leci po mojego ojca, który tam - na tym olimpie narciarstwa - z innymi facetami szusował góra dół. Pomiędzy muldami, we mgle i w śnieżnej zawiei. I kiedy popołudniu nagle wynurzał się z lasu, w szarym kombinezonie, z goglami na czapce, cały śniegiem pokryty - świętym śniegiem pokryty - wpierw czułem ulgę, a potem dumę – bo po raz kolejny tata pokonał tę najgroźniejszą i najpiękniejszą z gór.

Potem wracaliśmy razem z Kalatówek nartostradą do Kuźnic. Ojciec, jadąc obok, wyprostowany, oparty "na językach", całą drogę opowiadał mi o bajecznej, stromej, nierównej i oblodzonej “ściance” na Hali Goryczkowej. Wydawała mi się ona wtedy tak odległa, że niemal nierealna. Warta złota.
Trwa ładowanie komentarzy...