Dzielmy się i segregujmy

Ani Steve Jobs ani Mark Zuckerberg nie są ludźmi z mojej bajki. Co więcej nie uważam ich ani za genialnych (genialny to był W.A. Mozart) ani za interesujących (interesujący był Serge Gainsbourg) ani za specjalnie wizjonerskich (bo prawdziwe wizje to miewali Grecy w Eleusis, które bynajmniej nie leży w Krzemowej Dolinie).

Ponadto obejrzawszy filmy biograficzne o jednym, jak i o drugim (bo jeszcze mnie tak nie powaliło, aby czytać o nich książki, kiedy na półkach leży i czeka niemal cały Henry James…) dochodzę do wniosku, że byli to raczej ludzie mało ciekawi, niezbyt błyskotliwi, pazerni na kasę, wyrachowani, traktujący ludzi instrumentalnie, niejednokrotnie też moralnie źli.

Także nie przemawiają do mnie argumenty, że ci krzemowi geniusze, cysterny innowacyjności, ułatwili, uprzyjemnili, czy uczynili znośniejszym nasze ziemskie bytowanie. Jeżeli tak, to tylko garstce sytych Amerykanów i Europejczyków. Nie sądzę bowiem, aby afrykańscy uchodźcy, przeprawiając się przez Morze Śródziemne na rozpadających się łajbach, czy zbitych na poczekaniu tratwach, pisali o tym na Facebooku, korzystali z GPS na IPhonie, czy “checkowali” się na Lampedusie, po czym dzielili się tym ze znajomymi z Dakaru.

Dodam jeszcze na marginesie - jako reprezentant sytych Europejczyków, dziecko raczkującej rewolucji technologicznej - że ani firma Apple ani Facebook wcale nie sprawiły, że nagle przestałem bać się śmierci, czuć się samotny, czy obawiać się konfrontacji z Tajemnicą. Wręcz odwrotnie: widząc niejednokrotnie głupotę bliźnich zacząłem bać się jeszcze bardziej. Perspektywa wieczności w takim towarzystwie jest naprawdę niewesoła.

Dlatego nie pisałbym o tym w ogóle (bo i po co?), gdyby nie pewna prawidłowość, którą od dłuższego czasu obserwuję, a której twarzami (nie jedynymi oczywiście) są Jobs i Zuckerberg – a mianowicie głęboko niepokojący alians technologii z ekologią, znany skądinąd z kart historii. Nie chcę wyjść na antyekologicznego oszołoma (los mojej planety nie jest mi przecież obojętny), ale kiedy słyszę występujące obok siebie terminy: "utylizacja", “czystość”, “społeczeństwo”, “technika”, “innowacyjność”, “wydajność”, “przyszłość” etc. to zaczynam się - delikatnie mówiąc – niepokoić. Ekologia poparta technologią będzie zawsze odczłowieczona (a więc gdzieś abstrakcyjna), co więcej – jestem przekonany – będzie dążyła do unicestwienia człowieka, jeżeli nie dosłownego, to intelektualnego przynajmniej, czyniąc zeń nie zdolny do podjęcia żadnej decyzji element w powszechnej, wszechświatowej utylizacji.

Przyjęło się (zupełnie mylnie zresztą), że poziom rozwoju technicznego jest równoważny z poziomem rozwoju społeczeństwa jako takiego. Już Martin Heidegger w "Pytaniu o technikę" zauważył jednak, że starożytni Grecy nie byli zainteresowani rozwojem technicznym, a przecież duchowych przymiotów nie sposób im odmówić. Przekonanie, że technika i technologia sprzyjają wolności jest li tylko demagogicznym bełkotem i nie ma właściwie nic wspólnego z prawdą. Im mniej techniki, tym więcej wolności - moim zdaniem, a nie odwrotnie.

Oczywiście umiejętne, rozsądne wdrażanie innowacyjnych rozwiązań (chociażby dla inwalidów) może pomóc w życiu codziennym, ale nie może nigdy stać się religią. Oddanie odpowiedzialności za swoje czyny multimedialnym narzędziom i aplikacjom, uzależnianie swojego postępowania od fejsbukowej agory – jest w rzeczy samej dobrowolną - łatwą - rezygnacją z wolności. Odtąd za swoje czyny i słowa nie jestem już odpowiedzialny. Wszystko jest doraźne, lakoniczne - bez znaczenia. Wszystko jest "tweetem". I tak jak najkrótszą drogę z punktu A do punktu B wybiera mi smartfon i jego oprogramowanie, którego twórcom nie mieści się w głowie, że można chcieć iść dookoła lub nie chcieć dojść do celu - tak również wybory moralne, życiowe, światopoglądowe będę w przyszłości zostawiał w rękach technologicznych narzędzi, które każdy mój czyn zrelatywizują i unieważnią.

Kilka dni temu w Gazecie Wyborczej pojawiła się przejmująca spowiedź operatora dronów, która – moim zdaniem – w sposób najbardziej sugestywny obrazowała nie tylko ciemną stronę technologii, ale również zachodzący na naszych oczach proces oddzielenia odpowiedzialności od skutków działania. Tutaj kluczowe są dwie rzeczy - narzędzie, które w naszym imieniu coś czyni (w tym wypadku dron) oraz odległość między działającym, a celem działania (Afgańczykami). Technologia i odległość powodują, że skutki naszego postępowania, chociaż realne, stają się abstrakcyjne i nie powodują żadnego dyskomfortu. Ten sam schemat miał miejsce w nazistowskich Niemczech, gdzie odpowiedzialność za Ostateczne Rozwiązanie została rozłożona na wiele elementów (ludzie, prawo, struktury, maszyny) - tak, że nikt na dobrą sprawę nie poczuwał się do winy.

Jeżeli dystans między oprawcą a ofiarą jest tak duży, że właściwie nierealny, to oprawca przestaje czuć się bydlęciem, a ofiara skrzywdzonym. Jeśli piszę ten tekst na komputerze, do którego produkcji wymagane są - dajmy na to - minerały z Gwinei Równikowej, to przestrzeń (fizyczna i mentalna) między mną a wykorzystywanymi w afrykańskich kopalniach ludźmi jest na tyle duża i tak - przez producentów, dostawców, dystrybutorów - zaciemniona, że "dyskomfort" moralny jaki odczuwam, jest w zasadzie łatwy do wyparcia, a to z tego względu, o paradoksie, że w zglobalizowanym świecie nie mam niestety poczucia, że mógłbym coś zmienić.

Natomiast dwadzieścia cztery godziny na dobę czuję się odpowiedzialny za zawartość kubłów na śmieci w moim domu - jakby to była sprawa życia i śmierci. Dlatego, jak przykazano, segreguję to i owo (wrzucając złośliwie od czasu do czasu szkło do plastiku - taki ze mnie wywrotowiec), balsamując w ten sposób swoje nieczyste sumienie. Przy czym mam nieustające poczucie - tragiczne zgoła - że wykonuję syzyfową pracę dla wielkich korporacji, które już tak się wycwaniły, że pod przykrywką ekologii i poprawności politycznej, oszczędzają kupę kasy, zmuszając mnie właśnie do segregowania dla nich śmieci - śmieci, z których potem one będą mogły wytworzyć kolejne śmieci, które ja posegreguję. I tak w koło Macieju. Każdy teraz pracuje na taśmie w wielkim utylizacyjnym zakładzie: plastik do plastiku, szkło do szkła, papier do papieru…

Na naszym podwórku ma być czysto i schludnie - po prostu. Żadnych psich kup ani śmieci. Tak, aby można było fotkę pstryknąć IPhonem i wrzucić ją na Facebooka. Niech zazdrosne brudasy komentują….
Trwa ładowanie komentarzy...