Także nie przemawiają do mnie argumenty, że ci krzemowi geniusze, cysterny innowacyjności, ułatwili, uprzyjemnili, czy uczynili znośniejszym nasze ziemskie bytowanie. Jeżeli tak, to tylko garstce sytych Amerykanów i Europejczyków. Nie sądzę bowiem, aby afrykańscy uchodźcy, przeprawiając się przez Morze Śródziemne na rozpadających się łajbach, czy zbitych na poczekaniu tratwach, pisali o tym na Facebooku, korzystali z GPS na IPhonie, czy “checkowali” się na Lampedusie, po czym dzielili się tym ze znajomymi z Dakaru.
Dodam jeszcze na marginesie - jako reprezentant sytych Europejczyków, dziecko raczkującej rewolucji technologicznej - że ani firma Apple ani Facebook wcale nie sprawiły, że nagle przestałem bać się śmierci, czuć się samotny, czy obawiać się konfrontacji z Tajemnicą. Wręcz odwrotnie: widząc niejednokrotnie głupotę bliźnich zacząłem bać się jeszcze bardziej. Perspektywa wieczności w takim towarzystwie jest naprawdę niewesoła.
Dlatego nie pisałbym o tym w ogóle (bo i po co?), gdyby nie pewna prawidłowość, którą od dłuższego czasu obserwuję, a której twarzami (nie jedynymi oczywiście) są Jobs i Zuckerberg – a mianowicie głęboko niepokojący alians technologii z ekologią, znany skądinąd z kart historii. Nie chcę wyjść na antyekologicznego oszołoma (los mojej planety nie jest mi przecież obojętny), ale kiedy słyszę występujące obok siebie terminy: "utylizacja", “czystość”, “społeczeństwo”, “technika”, “innowacyjność”, “wydajność”, “przyszłość” etc. to zaczynam się - delikatnie mówiąc – niepokoić. Ekologia poparta technologią będzie zawsze odczłowieczona (a więc gdzieś abstrakcyjna), co więcej – jestem przekonany – będzie dążyła do unicestwienia człowieka, jeżeli nie dosłownego, to intelektualnego przynajmniej, czyniąc zeń nie zdolny do podjęcia żadnej decyzji element w powszechnej, wszechświatowej utylizacji.
Przyjęło się (zupełnie mylnie zresztą), że poziom rozwoju technicznego jest równoważny z poziomem rozwoju społeczeństwa jako takiego. Już Martin Heidegger w "Pytaniu o technikę" zauważył jednak, że starożytni Grecy nie byli zainteresowani rozwojem technicznym, a przecież duchowych przymiotów nie sposób im odmówić. Przekonanie, że technika i technologia sprzyjają wolności jest li tylko demagogicznym bełkotem i nie ma właściwie nic wspólnego z prawdą. Im mniej techniki, tym więcej wolności - moim zdaniem, a nie odwrotnie.
Oczywiście umiejętne, rozsądne wdrażanie innowacyjnych rozwiązań (chociażby dla inwalidów) może pomóc w życiu codziennym, ale nie może nigdy stać się religią. Oddanie odpowiedzialności za swoje czyny multimedialnym narzędziom i aplikacjom, uzależnianie swojego postępowania od fejsbukowej agory – jest w rzeczy samej dobrowolną - łatwą - rezygnacją z wolności. Odtąd za swoje czyny i słowa nie jestem już odpowiedzialny. Wszystko jest doraźne, lakoniczne - bez znaczenia. Wszystko jest "tweetem". I tak jak najkrótszą drogę z punktu A do punktu B wybiera mi smartfon i jego oprogramowanie, którego twórcom nie mieści się w głowie, że można chcieć iść dookoła lub nie chcieć dojść do celu - tak również wybory moralne, życiowe, światopoglądowe będę w przyszłości zostawiał w rękach technologicznych narzędzi, które każdy mój czyn zrelatywizują i unieważnią.
Kilka dni temu w Gazecie Wyborczej pojawiła się przejmująca spowiedź operatora dronów, która – moim zdaniem – w sposób najbardziej sugestywny obrazowała nie tylko ciemną stronę technologii, ale również zachodzący na naszych oczach proces oddzielenia odpowiedzialności od skutków działania. Tutaj kluczowe są dwie rzeczy - narzędzie, które w naszym imieniu coś czyni (w tym wypadku dron) oraz odległość między działającym, a celem działania (Afgańczykami). Technologia i odległość powodują, że skutki naszego postępowania, chociaż realne, stają się abstrakcyjne i nie powodują żadnego dyskomfortu. Ten sam schemat miał miejsce w nazistowskich Niemczech, gdzie odpowiedzialność za Ostateczne Rozwiązanie została rozłożona na wiele elementów (ludzie, prawo, struktury, maszyny) - tak, że nikt na dobrą sprawę nie poczuwał się do winy.
Jeżeli dystans między oprawcą a ofiarą jest tak duży, że właściwie nierealny, to oprawca przestaje czuć się bydlęciem, a ofiara skrzywdzonym. Jeśli piszę ten tekst na komputerze, do którego produkcji wymagane są - dajmy na to - minerały z Gwinei Równikowej, to przestrzeń (fizyczna i mentalna) między mną a wykorzystywanymi w afrykańskich kopalniach ludźmi jest na tyle duża i tak - przez producentów, dostawców, dystrybutorów - zaciemniona, że "dyskomfort" moralny jaki odczuwam, jest w zasadzie łatwy do wyparcia, a to z tego względu, o paradoksie, że w zglobalizowanym świecie nie mam niestety poczucia, że mógłbym coś zmienić.
Natomiast dwadzieścia cztery godziny na dobę czuję się odpowiedzialny za zawartość kubłów na śmieci w moim domu - jakby to była sprawa życia i śmierci. Dlatego, jak przykazano, segreguję to i owo (wrzucając złośliwie od czasu do czasu szkło do plastiku - taki ze mnie wywrotowiec), balsamując w ten sposób swoje nieczyste sumienie. Przy czym mam nieustające poczucie - tragiczne zgoła - że wykonuję syzyfową pracę dla wielkich korporacji, które już tak się wycwaniły, że pod przykrywką ekologii i poprawności politycznej, oszczędzają kupę kasy, zmuszając mnie właśnie do segregowania dla nich śmieci - śmieci, z których potem one będą mogły wytworzyć kolejne śmieci, które ja posegreguję. I tak w koło Macieju. Każdy teraz pracuje na taśmie w wielkim utylizacyjnym zakładzie: plastik do plastiku, szkło do szkła, papier do papieru…
Na naszym podwórku ma być czysto i schludnie - po prostu. Żadnych psich kup ani śmieci. Tak, aby można było fotkę pstryknąć IPhonem i wrzucić ją na Facebooka. Niech zazdrosne brudasy komentują….
